Blog Tomasza Dajczaka

Morderstwo w Orient Expressie? Tak!

Muszę przy­znać, że sze­dłem do kina z pew­ną nie­śmia­ło­ścią. Jako fan seria­lu z Davi­dem Suche­tem w roli Poiro­ta byłem bar­dzo scep­tycz­ny zarów­no co do Ken­ne­tha Bra­na­gha jak i do jego sty­li­za­cji. Dodat­ko­wo tra­iler obna­żał do bólu nie­kom­pe­ten­cję kostiu­mo­lo­gów. Ale co mi tam, kla­sy­kę tej kla­sy trud­no schrza­nić.

Schrza­nio­no rze­czy­wi­ście kostiu­my. To, co poka­za­no w fil­mie sła­bo paso­wa­ło do lat trzy­dzie­stych XX wie­ku. Gar­ni­tu­ry — poja­wi­ły się co praw­da trzy­czę­ściów­ki, dwu­rzę­do­we mary­nar­ki i sze­ro­kie kla­py, zabra­kło jed­nak twe­edu i spodni z wyso­kim sta­nem. Koszu­le — co praw­da poja­wia­ły się man­kie­ty na spin­ki, za to kro­je koł­nie­rzy­ków do bólu współ­cze­sne. Pra­wie wszy­scy w kra­wa­tach, musz­ka jed­na. To wszyst­ko dało­by się jed­nak wyba­czyć, gdy­by nie poważ­na wto­pa modo­wo-kul­tu­ro­wa, mia­no­wi­cie nakry­cia gło­wy, a raczej ich brak. Lata trzy­dzie­ste były jesz­cze cza­sa­mi, gdy kobie­ty nie poka­zy­wa­ły się publicz­nie bez kape­lu­sza, a męż­czy­zna z gołą gło­wą na dwo­rze rodził oba­wy o stan zdro­wia psy­chicz­ne­go. Aga­tha Chri­sie, oso­ba o kon­ser­wa­tyw­nych prze­ko­na­niach, była­by zdzi­wio­na widząc tak non­sza­lanc­kie potrak­to­wa­nie istot­ne­go ele­men­tu na sty­ku mody i kul­tu­ry.

Minu­sy odha­czy­łem. Pora na spo­strze­że­nia. Penélo­pe Cruz w nie­ty­po­wej dla sie­bie roli, ale wypa­dła prze­ko­nu­ją­co. Michel­le Pfe­if­fer trud­na dla mnie do roz­po­zna­nia z racji upły­wu lat (zawsze będzie dla mnie głów­nie Catwo­man z Powro­tu Bat­ma­na Tima Bur­to­na) zagra­ła dobrze, ale powin­na była wyle­cieć z obsa­dy za nie pasu­ją­ce do epo­ki usta spar­to­lo­ne chi­rur­gią pla­stycz­ną. John­ny Depp jak zwy­kle ide­al­nie zin­te­gro­wa­ny ze swo­ją rolą, obrzy­dli­wy, ośli­zgły typ w jego wyko­na­niu był w peł­ni wia­ry­god­ny.

No to czas na Ken­ne­tha Bra­na­gha. Odpu­ść­my sobie ciu­chy i dzi­wacz­ne wąsy. Pierw­sze dość zabaw­ne sce­ny z jego obse­sją na punk­cie syme­trii (takiej samej wiel­ko­ści jaj­ka na śnia­da­nie i wdep­nię­cie dla rów­no­wa­gi dru­gą nogą w koń­skie łaj­no) były cał­kiem zabaw­ne. Parę chwil póź­niej jed­nak padły sło­wa, dzię­ki któ­rym „kupi­łem” zarów­no kre­ację Bra­na­gha, jak i cały film. Her­cu­les Poirot wyznał, że ma dar widze­nia świa­ta takim, jaki powi­nien być, a wszyst­kie odstęp­stwa od sta­nu ide­al­ne­go biją go od razu po oczach i czy­nią jego życie nie­zno­śnym, co jed­nak przy­da­je się w pro­wa­dze­niu docho­dzeń. Taki Poirot, bory­ka­ją­cy się z darem losu spra­wia­ją­cym cier­pie­nie jest dla mnie cie­kaw­szy i bar­dziej prze­ko­nu­ją­cy niż inte­li­gent­ny syba­ry­ta i sma­kosz wykre­owa­ny przez moje­go ulu­bio­ne­go seria­lo­we­go Davi­da Suche­ta.

Był też minus — nie wia­do­mo po co wpa­ko­wa­ne wes­tchnie­nia nad zdję­ciem Kathe­ri­ne, daw­nej miło­ści detek­ty­wa. Nie cho­dzi o to, że nie­mę­skie czy żenu­ją­ce, przede wszyst­kim zbęd­ne. Bez poka­za­nia histo­rii o owej pan­nie nie wno­si­ły do fil­mu abso­lut­nie nic, a postać detek­ty­wa zbu­do­wa­na bez tych wsta­wek była­by rów­nie wia­ry­god­na. Reży­ser powi­nien był posłu­chać sta­rej zasa­dy: „jeśli coś nie jest abso­lut­nie nie­zbęd­ne, to zna­czy, że jest nie­po­trzeb­ne”.

Wiel­ką zale­tą fil­my są zdję­cia. Zarów­no te z począt­ku fil­mu, z Jeru­za­lem i Stam­bu­łu, moc­no prze­sło­dzo­ne ale dobrze odda­ją­ce postrze­ga­nie Orien­tu na począt­ku XX wie­ku, jak i pra­wie baj­ko­we poka­zu­ją­ce jaz­dę pocią­gu po nie­sa­mo­wi­tych, gór­skich kra­jo­bra­zach. Cie­ka­we kadry w trak­cie, jak na przy­kład poka­za­nie pio­no­wo z góry jed­nej ze scen w cia­snym kory­ta­rzu pocią­gu czy dobre wyko­rzy­sty­wa­nie odbić. Czap­ki z głów przed zdję­ciow­ca­mi, odwa­li­li kawał dobrej robo­ty.

Sce­na­riusz — trud­no coś powie­dzieć o sce­na­riu­szu opar­tym na kla­sy­ce kry­mi­na­łu, któ­rą pra­wie każ­dy kie­dyś czy­tał. Z góry wia­do­mo kto jest mor­der­cą, więc ele­ment zasko­cze­nia odpa­da. Akcja pod­ra­so­wa­na o jakieś drob­ne pogo­nie czy strze­la­ni­ny, ale trzy­ma­ła się dość wier­nie książ­ki. Zastrze­żeń brak.

Sce­no­gra­fia, jeśli nie liczyć kostiu­mów, bez więk­szych zastrze­żeń. Dużym plu­sem zor­ga­ni­zo­wa­nie sce­ny wyja­wie­nia zagad­ki w oświe­tlo­nym pochod­nia­mi wylo­cie tune­lu kole­jo­we­go, wyglą­da­ło dobrze i malow­ni­czo.

Muzy­ka — wstyd się przy­znać, ale tak pochło­nę­ły mnie obra­zy i akcja, że muzy­ka prze­le­cia­ła prze­ze mnie na wylot nie pozo­sta­wia­jąc trwa­łe­go śla­du. Nie wiem czy to źle czy dobrze, z jed­nej stro­ny nie prze­szka­dza­ła i pod­kre­śla­ła akcję, z dru­giej nie pozo­sta­wi­ła nic trwa­łe­go, a szko­da, bo wie­le moich ulu­bio­nych fil­mów pozo­sta­wi­ło we mnie śla­dy muzycz­ne.

Pod­su­mo­wu­jąc: mimo gru­be­go man­ka­men­tu zwią­za­ne­go ze stro­ja­mi (na któ­ry jed­nak 90% spo­łe­czeń­stwa nie zwró­ci uwa­gi) uwa­żam film za bar­dzo dobry, wart co naj­mniej ponow­ne­go obej­rze­nia. Jeśli nie poja­wi się na Net­fli­xie lub HBO GO, to na pew­no kupię pły­tę by w spo­ko­ju obej­rzeć ponow­nie i sku­pić się na tym, co mi ucie­kło pod­czas sean­su kino­we­go.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.