Blog Tomasza Dajczaka

Problem katolickiego analfabetyzmu muzycznego

Komik­sy są od wie­lu dzie­się­cio­le­ci mod­ne wśród mło­dych ludzi. Lecz wyobraź­my sobie świat, w któ­rym ludzie nigdy by nie wycho­dzi­li poza nie – świat bez powie­ści, poezji, lite­ra­tu­ry fak­tu. Same komik­sy. Może nawet bez słów, tyl­ko obraz­ki. Czy ktoś był­by zasko­czo­ny tym, że całe poko­le­nie sta­ło się anal­fa­be­ta­mi? Gdy­by taka sytu­acja mia­ła miej­sce przez 3 lub 4 poko­le­nia – nagle obu­dzi­li­by­ście się w świe­cie, w któ­rym nikt nie umie czy­tać, a co bar­dziej szo­ku­ją­ce – nikt rów­nież nie potra­fi nauczyć innych czy­ta­nia.

Może wam się wyda­wać, że ludzie nagle zorien­to­wa­li­by się co zro­bi­li – lek­ko­myśl­nie pozby­li się więk­szej czę­ści pod­staw cywi­li­za­cji. O ile jed­nak łatwo było­by zro­bić ana­li­zy przed i po – to gdy­by­śmy żyli w środ­ku trans­for­ma­cji, byli­by­śmy zszo­ko­wa­ni tym, że każ­de poko­le­nie wie coraz mniej niż poprzed­nie, a jed­no­cze­śnie coraz mniej ludzi w ogó­le zda­je sobie spra­wę z ist­nie­nia pro­ble­mu.

Oba­wiam się, że mniej wię­cej taka sytu­acja wyda­rzy­ła się w dzie­dzi­nie muzy­ki kato­lic­kiej – nie cał­ko­wi­cie, ale przy­bli­ży­li­śmy się do takie­go prze­zna­cze­nia, choć być może da się ura­to­wać sytu­ację za pomo­cą pod­ję­cia dziś dużych wysił­ków. Pro­blem zaczął się w poło­wie lat 60-tych, gdy idea muzy­ki roz­ryw­ko­wej i użyt­ko­wej zaczę­ła domi­no­wać nad impul­sem wal­ki o pięk­no i dosto­jeń­stwo w litur­gii. Wyda­je się, że wyzna­nia pro­te­stanc­kie zadzia­ła­ły z opóź­nie­niem, prze­łą­cza­jąc się na „muzy­kę uwiel­bie­nia” gdzieś we wcze­snych i środ­ko­wych latach 70-tych.

Moi pro­te­stanc­cy przy­ja­cie­le obec­nie roz­pa­cza­ją. Wyro­śli w świe­cie, w któ­rym wszyst­kie hym­ny były roz­pi­sa­ne na czte­ry gło­sy, a ludzie w koście­le śpie­wa­li swo­je czę­ści. Zwy­kli ludzie, nawet gdy nie śpie­wa­li w chó­rze, okre­śla­li sie­bie jako alty, teno­ry czy basy. Chó­ry w zbo­rach śred­niej wiel­ko­ści mia­ły po 50–80 człon­ków, któ­rzy nie wyróż­nia­li się umie­jęt­no­ścią czy­ta­nia nut i śpie­wa­nia (cho­ciaż wiel­kość umia­ła) ale raczej chę­cią do poświę­ce­nia nie­wia­ry­god­nej ilo­ści cza­su na naukę obszer­nych kan­tat do śpie­wa­nia w trak­cie świąt.

Oczy­wi­ście kato­li­cy nigdy nie mie­li tak dobrej sytu­acji – z pew­nych powo­dów histo­rycz­nych. Jak­kol­wiek, byli śpie­wa­cy, umie­ją­cy czy­tać nuty i ludzie, któ­rzy zna­li reper­tu­ar i wcie­la­li w życie pew­ne idee.

Ale obec­nie, moi pro­te­stanc­cy przy­ja­cie­le powie­dzie­li mi, że prze­szło u nich kil­ka poko­leń wycho­wa­nych na pie­śniach uwiel­bie­nia, któ­re mogą być porów­na­ne do muzycz­nych komik­sów. Oczy­wi­ście, jest na nie miej­sce, i nikt nie chciał­by świa­ta cał­ko­wi­cie ich pozba­wio­ne­go. Pro­blem pole­ga na tym, że zaczę­ły one wyzna­czać stan­dard, co spo­wo­do­wa­ło pani­kę u moich przy­ja­ciół. Nie tyl­ko zmniej­sza się ilość chó­rzy­stów, ale coraz mniej wokół ludzi, któ­rzy potra­fią uczyć, czy w ogó­le grać.

Moż­na wymie­nić tysiąc tego powo­dów – jak wygod­nie jest zrzu­cić winę na wszech­obec­ność nagrań muzycz­nych – ale naj­bar­dziej oczy­wi­sty bar­dzo rzad­ko się wymie­nia: muzy­ka, któ­rą pie­ści się teraz jako pod­sta­wo­wy reper­tu­ar nie wyma­ga żad­nych umie­jęt­no­ści i nie inspi­ru­je dąże­nia do jakie­go­kol­wiek pięk­na. Gdy domi­nu­je try­wial­ność, ide­ały zni­ka­ją. Efek­tem jest cał­ko­wi­te zgłu­sze­nie este­ty­ki a w efek­cie i kul­tu­ry reli­gij­nej.

Gdy moi przy­ja­cie­le opi­su­ją tę sytu­ację, jest szcze­gól­nie bole­snym zdać sobie spra­wę z tego, że kato­li­cy są oko­ło 5–10 lat przed nimi. Może­my im powie­dzieć słów­ko lub dwa o tym jak wyglą­da litur­gia w kościo­łach, gdzie jest tyl­ko kil­ku muzy­ków na kil­ku­set wier­nych. Pra­gnie­nie śpie­wu, umie­jęt­ność śpie­wu, umie­jęt­ność zła­pa­nia tonu i trzy­ma­nia się go, świa­do­me zro­zu­mie­nie co ozna­cza­ją nuty idą­ce do góry lub na dół – to wszyst­ko zosta­ło poważ­nie pod­ko­pa­ne w cią­gu ostat­nich dekad bez­li­to­sne­go upad­ku arty­stycz­ne­go. Żyje­my obec­nie w cza­sach bez ludzi umie­ją­cych czy­tać. Wiel­kie dzie­ła lite­ra­tu­ry sto­ją na pół­kach i nikt nie wie co z nimi zro­bić.

Oczy­wi­ście, jed­nym ze spo­so­bów spro­sta­nia pro­ble­mo­wi jest zmia­na ide­ałów, któ­ra pozwo­li nam zaprze­czyć ist­nie­niu pro­ble­mu. Kogo obcho­dzą te sta­re rze­czy Pale­stri­ny? Czy rze­czy­wi­ście był dobry, czy może naj­lep­szy jaki dało się stwo­rzyć w tam­tym cza­sie? Czy nie była to muzy­ka dla elit? Kto na to w ogó­le ma dziś czas? To było dobre w wie­ku wia­ry i nędzy, ale nasz świat rozu­mu i dobro­by­tu wyma­ga cze­goś cał­ko­wi­cie inne­go. Jeśli cho­dzi o cho­rał, jest on dobry dla cza­sów bie­dy, cho­rób i czar­nej śmier­ci, ale żyje­my w lśnią­cych mia­stach i spę­dza­my nasze godzi­ny relak­su w nowo­cze­snych salo­nach fit­ness. Róż­ne cza­sy woła­ją o róż­ną muzy­kę.

Ale jak bar­dzo cza­sy się zmie­ni­ły? Rze­czy zewnętrz­ne są inne. Wewnętrz­ne, do któ­rych bez­po­śred­nio ma prze­ma­wiać litur­gia, są takie same jak w każ­dych cza­sach – powszech­na (w każ­dym miej­scu i cza­sie) wia­ra zwra­ca­ją­ca się i tra­fia­ją­ca do uni­wer­sal­nej ludz­kiej natu­ry z pomo­cą uni­wer­sal­nych form sztu­ki, a wszyst­ko ukie­run­ko­wa­ne na uni­wer­sal­ną ado­ra­cję.

Myślę, że wie­le ata­ków na histo­rycz­ny skar­biec muzy­ki sakral­nej to tyl­ko nasze fan­ta­stycz­ne uspra­wie­dli­wie­nia dla leni­stwa i bra­ku talen­tu nasze­go poko­le­nia. Coś jed­nak moż­na z tym zro­bić. Musi­my zdać sobie spra­wę, że mamy pro­blem. Następ­nie musi­my zde­cy­do­wać się na jego napra­wie­nie.

Jaki jest naj­waż­niej­szy czyn­nik wpły­wa­ją­cy na pro­blem muzycz­ne­go anal­fa­be­ty­zmu? Czy potrze­bu­je­my szko­le­nia nim weź­mie­my się za muzy­kę poważ­ną, czy powin­ni­śmy usiąść, oglą­dać i słu­chać muzy­ki poważ­nej w nadziei, że natchnie nas ona do popra­wy naszych wła­snych umie­jęt­no­ści? Rela­cja mię­dzy tymi dwo­ma czyn­ni­ka­mi – zaso­ba­mi zewnętrz­ny­mi i wewnętrz­ny­mi – jest skom­pli­ko­wa­na.

Mogę rzu­cić świa­tło przez meta­fo­rę kul­tu­ry komik­su. Może­my ją zmie­nić, ale nie bez posia­da­nia dostę­pu do ksią­żek wyso­kiej jako­ści, nawet nim będzie­my w sta­nie je czy­tać. Potrze­bu­je­my ich jako inspi­ra­cji. Potrze­bu­je­my mieć ide­ał i cel zawsze przed nami. Musi­my nauczyć się cenić tych, co umie­ją czy­tać i pro­sić ich, by dla nas czy­ta­li i wska­zy­wa­li nam dro­gę.

Mam nadzie­ję, że ten tekst nie zosta­nie ode­bra­ny jako narze­ka­nie. Moim celem było uświa­do­mie­nie, że musi­my skon­fron­to­wać się z pro­ble­mem. Jeśli zaś ktoś myśli, że jest czę­ścią pro­ble­mu, to nie­ko­niecz­nie ma rację. Nie każ­dy może być śpie­wa­kiem, a nawet nie każ­dy powi­nien do tego dążyć. Podo­ba mi się idea powszech­nej świa­do­mo­ści muzycz­nej, ale nale­ży pamię­tać o zasa­dzie podzia­łu pra­cy. Rów­no­cze­śnie, myślę że ludzie mają raczej skłon­ność do nie­do­ce­nia­nia swo­je­go poten­cja­łu niż do prze­ce­nia­nia go. Jeśli ktoś chce się nauczyć śpie­wać – pole­cam na począ­tek Pod­ręcz­nik zapi­su kwa­dra­to­we­go oraz posłu­cha­nie nagrań pro­stych cho­ra­łów.

Źró­dło: New Litur­gi­cal Move­ment Autor: Jef­frey Tuc­ker Prze­ło­żył: Tomasz Daj­czak

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.