Blog Tomasza Dajczaka

O rzekomej wojnie chorałów

Kil­ka tygo­dni temu, na jed­nej z face­bo­oko­wych grup posta­wio­no tezę, że tak zwa­ny cho­rał sar­mac­ki wyparł i zmar­gi­na­li­zo­wał w pol­skich ośrod­kach litur­gii przed­so­bo­ro­wej tak zwa­ny cho­rał sole­smeń­ski, co jest dla nie­któ­rych osób pro­ble­mem natu­ry este­tycz­nej. Nie mam poję­cia jak wyglą­da­ją pro­por­cje w kil­ku­dzie­się­ciu miej­scach gdzie jest odpra­wia­na sta­ra msza, ale z lokal­nej, wro­cław­skiej per­spek­ty­wy, taka teza wyglą­da zara­zem zabaw­nie jak i absur­dal­nie, dla­te­go uwa­żam temat za wart szer­sze­go omó­wie­nia.

Zacznij­my od wpro­wa­dze­nia w isto­tę spo­ru. Otóż dziw­nym tra­fem nie zacho­wa­ły się nagra­nia audio z mitycz­ne­go „zło­te­go okre­su cho­ra­łu” któ­ry miał miej­sce gdzieś pomię­dzy św. Grze­go­rzem Wiel­kim a XIII wie­kiem, tra­dy­cja ust­na ule­gła prze­rwa­niu, więc ska­za­ni jeste­śmy na hipo­te­ty­zo­wa­nie. W jego efek­cie domi­nu­ją obec­nie (w dużym uprosz­cze­niu) dwa nur­ty inter­pre­ta­cji i wyko­ny­wa­nia cho­ra­łu.

Nurt sole­smeń­ski jest opar­ty na pra­cy uczo­nych bene­dyk­ty­nów i cha­rak­te­ry­zu­je się w uprosz­cze­niu deli­kat­ną emi­sją gło­su, bra­kiem wyraź­ne­go ryt­mu, przy­ci­sza­ny­mi koń­ców­ka­mi fraz. Do cza­su spo­pu­la­ry­zo­wa­nia płyt Mar­ce­la Pere­sa był nur­tem domi­nu­ją­cym, dla­te­go wie­le osób, któ­re nasłu­cha­ły się dostęp­nych nie­gdyś w han­dlu kaset magne­to­fo­no­wych i płyt CD uwa­ża go za jedy­nie słusz­ny. Zło­śli­wi nazy­wa­ją taki cho­rał „miau­cze­niem eunu­chów”.

Nurt histo­rycz­nie poin­for­mo­wa­ny (w pol­sz­czyź­nie kosz­ma­rek języ­ko­wy), w Pol­sce od nie­daw­na zysku­je popu­lar­ność wymy­ślo­na przez Rober­ta Pożar­skie­go nazwa „cho­rał sar­mac­ki”, jest efek­tem pra­cy ze śre­dnio­wiecz­ny­mi manu­skryp­ta­mi i trak­ta­ta­mi, poszu­ki­wa­nia utra­co­nej tra­dy­cji ust­nej u śpie­wa­ków ludo­wych oraz w innych obrząd­kach (Gre­cy, Kop­to­wie) oraz prób prak­tycz­nych. Cha­rak­te­ry­zu­je się moc­ną emi­sją gło­su, ryt­mem, sto­so­wa­niem ozdob­ni­ków, a cza­sem nawet kon­tro­wer­syj­nym stro­je­niem. Zło­śli­wi nazy­wa­ją taki cho­rał „wyciem koszer­no-ste­po­wym”.

Tyle tytu­łem wstę­pu. A teraz wspo­min­ki poka­zu­ją­ce jak to w prak­ty­ce „cho­rał koszer­no-ste­po­wy” wypie­rał sole­smeń­czy­ków we Wro­cła­wiu przez ostat­nie 19 lat 🙂

Otóż gdzieś pomię­dzy rokiem 2003 a 2010 (nie chce mi się szpe­rać w archi­wach, a pamię­ci nie ufam) do śpie­wa­nia na mszy na Pia­sku zapro­szo­na zosta­ła Scho­la Gre­go­ria­na Sile­sien­sis, w któ­rym to zespo­le śpie­wa­łem (z prze­rwą na emi­gra­cję do Gli­wic) od roku 1999. Scho­la jest repre­zen­tan­tem „cho­ra­łu sar­mac­kie­go”, na któ­ry Wro­cław wte­dy nie był jesz­cze goto­wy. Po dwóch litur­giach wyle­cie­li­śmy z hukiem wsku­tek bun­tu paru lokal­nych akty­wi­stów, któ­rym nie podo­ba­ła się este­ty­ka śpie­wu, wyko­ny­wa­nie przez nas gra­du­ału (bo to wyna­la­zek leni­wych mni­chów na prze­dłu­ża­nie litur­gii) oraz Salve Regi­na w uro­czy­stym tonie po mszy.

Do roku 2010 w spra­wie cho­ra­łu nie dzia­ło się na Pia­sku nic, poza intro­item śpie­wa­nym solo przez pro­fe­so­ra Sal­li­va­na. Aż nagle ksiądz Grze­gorz Śnia­doch zapro­sił Kon­ra­da Zaga­jew­skie­go ze Scho­la Gre­go­ria­na Sile­sien­sis do śpie­wa­nia na Pia­sku wiel­ko­post­nych trac­tu­sów. Kon­rad zebrał chęt­nych śpie­wa­ków w nowy zespół Scho­la Can­to­rum Sanc­ti Ioseph, któ­ry regu­lar­nie i na każ­de wezwa­nie śpie­wa na Pia­sku do dnia dzi­siej­sze­go. Przez osiem lat funk­cjo­no­wa­nia zespo­łu, obser­wo­wa­li­śmy kil­ka alter­na­tyw­nych „mete­orów”, któ­re poja­wi­ły się, roz­bły­sły (albo i nie), a póź­niej zga­sły.

Mete­or numer 1, alter­na­tyw­na scho­la gre­go­riań­ska śpie­wa­ją­ca po sole­smeń­sku. Nie­któ­rym pia­sko­wym wier­nym bar­dziej odpo­wia­da­ła, bo śpie­wa­ła deli­kat­nie i z orga­na­mi. Nie­ste­ty, po kil­ku mie­sią­cach ule­gła znik­nię­ciu, a pro­wa­dzą­cy prze­stał poja­wiać się na Pia­sku ponoć wsku­tek wyjaz­du do inne­go mia­sta.

Mete­or numer 2, kolej­na alter­na­tyw­na scho­la gre­go­riań­ska śpie­wa­ją­ca po sole­smeń­sku, pro­wa­dzo­na przez orga­ni­stę i uczo­ne­go cho­ra­ło­lo­ga po paru mię­dzy­na­ro­do­wo uzna­nych kur­sach. Scho­la mia­ła to do sie­bie, że dość luź­no trak­to­wa­ła zapi­sy ksiąg litur­gicz­nych mówią­ce o tym co i w jaki spo­sób nale­ży zaśpie­wać, a w póź­niej­szym okre­sie znie­nac­ka nie poja­wia­ła się w umó­wio­ne nie­dzie­le, więc ze trzy razy musie­li­śmy z kole­ga­mi ze scho­li rato­wać sytu­ację śpie­wa­jąc (z dobrym efek­tem) bez przy­go­to­wa­nia. W koń­cu i owa scho­la zni­kła, ale bilans wyszedł na plus, bo w spad­ku po niej prze­szedł do nas jeden z jej śpie­wa­ków.

Mete­or numer 3, a raczej nie­wy­pał, czy­li zespół poli­fo­nicz­ny, któ­ry miał zade­biu­to­wać w Nie­dzie­lę Pal­mo­wą 2 lata temu. Wiel­kie pla­ny, wiel­cy kom­po­zy­to­rzy, miej­sca na cho­rał mia­ło zostać nie­wie­le. Nawet było mi to na rękę, bo Wiel­ki tydzień był zawsze dla nas bar­dzo wyczer­pu­ją­cym okre­sem. Wie­czor­ne litur­gie przez 7 dni plus Ciem­ne Jutrz­nie pod­czas Tri­du­um Sacrum to duży wysi­łek, a śpie­wa­nie pod­czas Wigi­lii Pas­chal­nej było dla mnie balan­so­wa­niem na gra­ni­cy utra­ty gło­su. I nagle szast prast, tydzień przed Nie­dzie­lą Pal­mo­wą dowie­dzie­li­śmy się, że nie dadzą rady się przy­go­to­wać. I znów cały Wiel­ki Tydzień został na naszych bar­kach.

Jak widać, Scho­la Can­to­rum Sanc­ti Ioseph, wpi­su­ją­ca się w nurt cho­ra­łu sar­mac­kie­go śpie­wa na Pia­sku nie wsku­tek teo­rii spi­sko­wych, ale dla­te­go, iż jeste­śmy dostęp­ni zawsze gdy nas potrze­ba, jeste­śmy w sta­nie zaśpie­wać cały reper­tu­ar cho­ra­ło­wy (w razie potrze­by rów­nież „z mar­szu”, bez przy­go­to­wa­nia), a alter­na­ty­wy brak. Wiel­ka szko­da, bo msza wie­czor­na jest nie­ob­sa­dzo­na, a w okre­sach świą­tecz­nych (zwłasz­cza we Wiel­kim Tygo­dniu) moż­na by podzie­lić się obo­wiąz­ka­mi w poszcze­gól­ne dni ku zado­wo­le­niu naszych rodzin i popra­wie nasze­go zdro­wia.

Nie­ste­ty dru­gie­go zespo­łu takich fra­je­rów jak my (bo śpie­wa­my za dar­mo ad maio­rem Dei glo­riam) we Wro­cła­wiu na razie nie ma. Tak więc tkwi­my sami na poste­run­ku, śpie­wa­my to, co naka­za­ne w księ­gach litur­gicz­nych (z popraw­ką na to, na co kolej­ni dusz­pa­ste­rze pozwo­lą) i roz­sie­wa­my się na resz­tę kra­ju (bo dwóch kole­gów wyemi­gro­wa­ło w inne rejo­ny). A tych, co narze­ka­ją na koszer­no-ste­po­wą este­ty­kę śpie­wu ser­decz­nie zapra­sza­my do do zało­że­nia dru­giej scho­li i wytrwa­nia w śpie­wa­niu tylu lat, co my.

2 komentarze

    • Bartosz Żłobiński, 2 sierpnia 2018, 20:40

    Odpowiedz

    Rozu­miem, że to ja prze­sze­dłem z „mete­ora numer 2”? 😉 O co cho­dzi z tym „luź­nym trak­to­wa­niem zapi­su ksiąg litur­gicz­nych”?

    1. Odpowiedz

      Pamię­tam nie śpie­wa­nie tego co nale­ży (pamię­tam Zesła­nie Ducha Św. w któ­rym zamiast intro­itu Spi­ri­tus Domi­ni był bodaj­że hymn Veni Cre­ator alter­na­tim z orga­na­mi) oraz śpie­wa­nie ina­czej niż nale­ży (np. noto­rycz­ne opusz­cza­nie Glo­ria Patri w intro­icie).

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.