Blog Tomasza Dajczaka

O mizerii polskich koszul

Noszę koszu­le pra­wie codzien­nie, zarów­no do pra­cy, jak i do kościo­ła. Jak wie­dzą dobrze moi zna­jo­mi uwiel­biam koszu­le w paski i prąż­ki, zwłasz­cza z man­kie­ta­mi na spin­ki. Ponie­waż w Pol­sce wciąż poku­tu­je prze­ko­na­nie, że każ­da koszu­la na spin­ki jest z defi­ni­cji bar­dzo ele­ganc­ka, więc musi być bia­ła lub błę­kit­na — od paru lat kupu­ję wyłącz­nie koszu­le angiel­skie. Kraw­cy z Lon­dy­nu nie mają pro­ble­mu z koszu­la­mi na spin­ki w mniej for­mal­nych wzo­rach i kolo­rach. Zaku­py wyma­ga­ją nie­co spry­tu i wytrwa­ło­ści, ale moż­na upo­lo­wać świet­ne oka­zje za bar­dzo roz­sąd­ne ceny, o jako­ści nie­po­rów­ny­wal­nej do kra­jo­wej.

Przed­wczo­raj zosta­łem popro­szo­ny o kupie­nie na pre­zent bia­łej koszu­li na spin­ki. Cza­su było nie­wie­le, a zada­nie wyda­wa­ło się łatwe, więc uda­łem się z żoną do wro­cław­skie­go cen­trum han­dlo­we­go Magno­lia. Dla zmy­le­nia sprze­daw­ców (któ­rzy gdy się ubio­rę nor­mal­nie sta­ją na bacz­ność i usi­łu­ją mi sprze­dać pół skle­pu) zało­ży­łem zie­lo­ne bojów­ki i żół­ty polar z Deca­th­lo­nu 🙂

I zaczę­ło się. Po odwie­dze­niu pię­ciu skle­pów (z lito­ści prze­mil­czę ich nazwy mil­cze­niem) byli­śmy goto­wi rzu­cić w cho­le­rę naszą misję dzie­jo­wą i pró­bo­wać szczę­ścia gdzieś indziej.

Pierw­szy pro­blem: roz­miar. Oso­ba, dla któ­rej mia­łem kupić koszu­lę jest szczu­pła, więc w grę wcho­dzi wyłącz­nie koszu­la talio­wa­na i koł­nie­rzyk 15 cali lub 38 cm. W czę­ści skle­pów nie przyj­mu­ją do wia­do­mo­ści ist­nie­nia koł­nie­rzy­ków 38, a rekord świa­ta pobi­ła pani wci­ska­ją­ca koszu­lę 39, bo „prze­cież guzik przy koł­nie­rzy­ku moż­na prze­su­nąć”.

Dru­gi pro­blem: mate­riał. Ele­ganc­ka (w zało­że­niu) koszu­la zawie­ra­ją­ca 20% polie­stru? Bez prze­sa­dy. W więk­szo­ści pozo­sta­łych śred­niej jako­ści baweł­na, gnio­tą­ca się jak nie powiem co.

Trze­ci pro­blem: kom­pe­ten­cja sprze­daw­ców. Na moją uwa­gę, że „ta koszu­la gnie­cie się od same­go patrze­nia” usły­sza­łem, że baweł­na musi się gnieść. Gdy powie­dzia­łem, że mam parę koszul z czy­stej baweł­ny, któ­re prak­tycz­nie się nie gnio­tą, dowie­dzia­łem się, że „to na pew­no nie jest czy­sta baweł­na”. Nawet nie chcia­ło mi się tego komen­to­wać…

Czwar­ty pro­blem: koł­nie­rzyk, a kon­kret­nie usztyw­nia­cze. Stan­dar­dem w tym nie­szczę­śli­wym kra­ju są pla­sti­ko­we usztyw­nia­cze wszy­te na sta­łe do koł­nie­rzy­ka. Nie jest to może pro­ble­mem, gdy ktoś uży­wa koszu­li raz na rok, ale w nor­mal­nych warun­kach, po paru pra­niach i pra­so­wa­niach usztyw­niacz zaczy­na się defor­mo­wać, prze­bi­jać przez koł­nie­rzyk i moż­na zasi­lić śmiet­nik. Czy uszy­cie koł­nie­rzy­ka z kie­szon­ką na usztyw­niacz jest aż takim pro­ble­mem, zwłasz­cza w bia­łych (a więc z defi­ni­cji ele­ganc­kich) koszu­lach?

Pią­ty pro­blem: jakość szy­cia. Widać jak na dło­ni w obrę­bie­niach dziu­rek na guzi­ki. Wysta­ją­ce nit­ki to dla mnie dys­kwa­li­fi­ka­cja, a w Pol­sce to nie­ste­ty nie­chlub­ny stan­dard.

Wyba­wie­nie przy­szło w ostat­nim skle­pie. O ile stan­dar­do­wa ofer­ta Vistu­li nie zachwy­ci­ła mnie, to ich linia Lam­bert zasko­czy­ła mnie pozy­tyw­nie. Opis mar­ki brzmią­cy „Lon­don Sty­le Shir­ting” uwa­żam za nie­co na wyrost (przy­dał­by się dzie­lo­ny kar­czek, kli­ny wszy­te na dole, tasiem­ka wszy­ta od spodu pod koł­nie­rzy­kiem czy ście­gi bie­liź­nia­ne węż­sze od stan­dar­do­wych), ale cała resz­ta na plus:

  • Bez pro­ble­mu z talio­wa­ną koszu­lą z koł­nie­rzy­kiem 38.
  • Dobry, trud­no gnio­tą­cy mate­riał (100% baweł­na) o ład­nej fak­tu­rze.
  • Usztyw­nia­cze koł­nie­rzy­ka w kie­szon­kach.
  • Regu­la­cja dłu­go­ści ręka­wa (dwie dziur­ki na spin­ki w man­kie­cie).
  • Dobra jakość szy­cia (bez wysta­ją­cych nitek).
  • Dol­na dziur­ka na guzi­ki w poprzek (utrud­nia samo­czyn­ne roz­pi­na­nie się, istot­ne zwłasz­cza przy wydat­nym mię­śniu piw­nym).
  • Poprzecz­ne dziur­ki w roz­cię­ciach man­kie­tów. Co praw­da naj­bar­dziej kocham koszu­le bez tych guzicz­ków (wte­dy roz­cię­cie jest nie­co krót­sze), ale poprzecz­ne są super w porów­na­niu do podłuż­nych, bo znacz­nie łatwiej je zapiąć.

Ponie­waż tra­fi­li­śmy na pro­mo­cję „dwie koszu­le w cenie jed­nej”, kupi­łem przy oka­zji dru­gą taką samą dla sie­bie (dzię­ki cze­mu cena za sztu­kę sta­ła się rewe­la­cyj­nie dobra), i na tym na naj­bliż­sze parę lat koń­czę epi­zod z pol­ski­mi koszu­la­mi. Bia­łych dużo nie potrze­bu­ję, a o moich ulu­bio­nych koszu­lach w paski i prąż­ki w dziw­nych kolo­rach na spin­ki nadal mogę tyl­ko marzyć. Lon­dyn rzą­dzi 🙂

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.